Silesian Freaks

Silesian Freaks Blog

Majówka 2009 – Czechy

Czubaki bardzo dokładnie opisali swoją majówkę [link]. A, że aby opisać naszą brakuje słów, to poniżej zamieszczamy fotorelacje 😉

day1Dzień 1.

Najazd na Czechy. Od Wrocławia do granicy deszcz, potem tylko kręte drogi w górach w całkowitych ciemnościach.

day2

Dzień 2.

Przejazd do skalnego miasta.

day3Dzień 3.

Zwiedzanie Pragi

day4

Dzień 4

Powrót.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Relacja z majówkowego wypadu w Bieszczady i na Ukrainę 30.04.09 – 03.05.09

 

„Relacja z majówkowego wypadu w Bieszczady i na Ukrainę”

Termin: 30.04.09 – 03.05.09

Tekst: Czubaka

Pewnego pięknego, kwietniowego dnia, rozmyślaliśmy nad tym gdzie by to pojechać na majówkę. Padały różne propozycje w kraju i zagranicą: Sudety, Słowacja, Czechy gdzie drogi są płaskie i gładkie jak nogi panienki świeżo po depilacji. Wśród nawału pomysłów padła propozycja extremalna – „może by tak w Bieszczady pojechać?” – rzekł Szwagier. Na odpowiedź nie musiał długo czekać: ” Zajebiście ! W dzicz na naszych bestiach!!!” – odparł Czubaka. Więc mieliśmy już obrany cel. Jednak baliśmy się trochę zapuszczać tak daleko, więc zabraliśmy na nasze „rumaki” 2 piękne, odważne dziewoje – Karolinę i Lolę. I tak oto w 4 osoby postanowiliśmy zapuścić się w Bieszczady…

Czwartek 30. kwietnia godz. 14:00 – Katowice – garaż.

Sprawdzamy stan naszych maszyn na krótko przed wyjazdem. Sprawdzenie stanu „bestii” przez Czubakę, zakończyło się – nie sprawdzeniem jak zwykle niczego – „ważne, że poli!”.

Bierzemy Lolę i w trójkę jedziemy do Krakowa po Karolinę. Podróż przez totalnie zakorkowaną A4 mija nam w miarę sprawnie, przy wymijaniu chyba już setnego samochodu cieszymy się w duchu, że wybraliśmy właśnie jednoślady. Dojeżdżamy do Piekar, pożegnanie z mamą, łzy w oczach i tak oto w pełnym komplecie ruszamy w kierunku Tarnowa. Droga przez Wieliczkę i Bochnię jest masakrycznie zakorkowana, później jest już trochę lepiej. Co jakiś czas zatrzymujemy się na przydrożnych stacjach aby „dodać sobie skrzydeł”, rozprostować plecy i rozmasować nasze odrętwiałe tyłki. Nie zapominamy także o wlaniu do baku drogocennego napoju… Na kolejny postój umawiamy się gdzieś w okolicach Tarnowa.

Szwagier zatrzymuje się za zjazdem na centrum Tarnowa, na poboczu. Czubaka widząc stojącego na poboczu brata zapomina, że jest po deszczu i że nawierzchnia jest pokryta żwirem i piachem oraz że ma trochę za dużo na liczniku. I tak oto Czubaka nie mogąc opanować bestii, w ferworze walki, poddaje się i przewraca na lewy bok, zaliczając drobnego ślizga. Chwila grozy, sprawdzenie łączności mózgu z innymi organami, sprawdzenie czy pasażer z tyłu odpowiada na krótkie „Lola! Nic Ci nie jest?” i zabieramy się za postawienie „bestii” na 2 „łapy”. Wszystko wygląda w miarę sprawnie, nie stwierdzamy żadnych poważniejszych obrażeń, krwotoków, złamań (i załamań) oraz innych czynników zagrażających życiu i zdrowiu, nie licząc drobnych otarć i siniaków (Lola :).

No i już mamy jechać w dalszą drogę, zerkamy tylko na przerysowany bok CBR`y w myślach kalkulując koszty lakierowania, gdy wtem słyszymy głośne: „Tee !!! Tam łańcuch leży!” – z ust Loli. W pierwszej chwili myślimy, że to pewnie nie łańcuch a jak już to na pewno nie nasz. Prawda jest jednak okrutna – „NOSZ KURWA MAĆ!!!” – to jednak nasz łańcuch a dokładnie Czubaki – wijąc się jak wąż na tle nagiej zębatki daje nam do zrozumienia -” nigdzie dalej nie pojedziecie!!!”.

No i ugrzęźliśmy, nikt się nie spodziewał, że „bestia” Czubaki podczas upadku uderzyła zębatką o beton. No więc, nasze wielkie plany stanęły pod jeszcze większym znakiem zapytania. Co tu robić, jest czwartek, godz. 16:50, a w piątek 1 maja raczej nikt nie będzie pracował. Na szczęście Szwagier wykorzystuje swój dar rozmawiania z klientem i po 50 telefonach z których większość kończy się słowami „Już zamykamy…” – otrzymujemy namiar na Pana Krzysztofa, który mieszka w okolicy. Pan Krzysztof szybko podjeżdża swoim Vw Transporterem i pakuje na pokład naszą „ranną bestię”. Szybka wymiana oraz naciągnięcie łańcucha (okazuje się, że nasz już był w opłakanym stanie), naprawa złamanego kierunkowskazu i motor Czubaki znów jest gotów do dalszej drogi. I tutaj wielkie podziękowania należą się Panu Krzysztofowi który przywrócił nam nadzieję na dotarcie do obranego celu.

Dalej podróż przebiega spokojnie, martwi nas tylko to, że zaczyna się ściemniać a Bieszczadzkie serpentyny oświetlone nie są. Czubaka stwierdza po drodze, że nie wie ile jedzie – prawdopodobnie przy upadku zerwana została linka prędkościomierza. Obowiązkowy przystanek w Mc Donnald`s w Krośnie i jedziemy dalej.

Ostatni postój, ostatnie tankowanie – stacja benzynowa w Lesku. I tutaj zaczyna się kolejny rozdział naszej przygody. Spotykamy Zajca z Tarnobrzega, który wraz ze znajomymi wybrał się także w Bieszczady i na stację w Lesku podjechał po węgiel drzewny na żółtym Ducati. Okazuje się, że ekipa Zajca nie ma planów na dalsze dni więc proponujemy jakąś wspólną imprezę. Wymieniamy się numerami telefonów, wstępnie umawiamy na wspólną imprezę o ile znajdą się noclegi. Zajcu żegna nas słowami: „…tak pali Ducati!” po czym odjeżdża w otchłań mroku. I tak oto przed nami jeszcze około 60km do obranego celu jakim jest Chrewt a dokładnie ośrodek Moklik. Droga wydaje się nie mieć końca, serpentyny i serpentyny, drogi oświetlone jedynie przez światło naszych reflektorów. I tutaj Szwagier przeżywa prawdziwy szok – bliskie spotkanie z niezidentyfikowanym obiektem stojącym na środku drogi i zagadkowo spoglądającym w kierunku nadjeżdżających motocykli. Jak się później okazało był to Yeti, człowiek lasu, inaczej zwany Sasquach a na poważnie to Jeleń albo coś podobnego do niego. Zwierzę szybko się znudziło naszym widokiem i skierowało się w stronę lasu. Mijamy jeszcze Rajskie, Olchowiec i…

Wreszcie dojeżdżamy !!!! Godz. 22 z hakiem jesteśmy w Mokliku gdzie wita nas uśmiechnięty Szef i pyta nas jak przebiegła podróż. Po kilku godzinach opowiadań, kilku drinkach, kielonach oraz piwach zaczynamy czuć zmęczenie i udajemy się na zasłużony wypoczynek do naszych pokoi.

Dzień drugi.

Po śniadaniu zasiadamy na maszyny i kierujemy się w okolice Ustrzyk Dolnych, zaliczając po drodze kilka mniejszych miejscowości z Polaną na czele w której zatrzymujemy się w sklepie. Kolejny punkt wycieczki to Arłamów, po drodze podjeżdżamy na granicę do Krościenka żeby zapytać celników o ewentualną możliwość przekroczenia granicy z Ukrainą, gdyż taką wycieczkę planujemy na drugi dzień. W Arłamowie chwila ponapawania się widokiem ukraińskich lasów rozciągających się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów i wracamy w kierunku Chrewtu.

Po drodze z motoru Czubaki napływają dziwne trzaski, w pewnym momencie motor rozsprzęgla się całkowicie. Zjeżdżamy na pobocze, wszystko jest na miejscu i wygląda ok. z wyjątkiem stanu naprężenia łańcucha który przypomina rozgotowany makaron. No więc mamy problem. Łańcuch się obluzował i trzeba naciągać na nowo. Jakimś cudem dojeżdżamy na stację w celu zakupu kluczy (których oczywiście przy sobie nie posiadamy, no bo: „jak poli, to poli!!!”)

Niemiła i pyskata Pani uśmiecha się szyderczo i twierdzi, że chyba jesteśmy niepoważni chcąc kupić gdzieś klucze w pobliżu. Pytamy o najbliższą stację, a Pani odpowiada znanym już tonem: „ale to jest 70km i tam pewnie też nie kupicie”. Więc żegnamy niemiłą Panią i po krótkim, wypowiedzianym w duchu: „co za wredna s….”, wychodzimy ze stacji. Ku naszej uciesze na stację zjeżdżają jednoślady i jeden z kolegów dysponuje kluczami i pomaga nam naciągnąć łańcuch. Jednak po dojechaniu do Chrewtu, łańcuch znowu się luzuje ale tym razem z pomocą wychodzi nam szef oraz jego pracownik Dominik który przynosi zestaw porządnych kluczy dzięki którym naciągamy do porządku łańcuch. Próbna jazda i wszystko pięknie, w końcu możemy się zająć sączeniem napoju bogów pod szyldem Tyskich browarów.

I tak impreza przebiega spokojnie, spożycie alkoholu jest odwrotnie proporcjonalne do ostrości wzroku. W tym momencie otrzymujemy telefon. Dzwoni Zajcu, że jadą do nas. O noclegi pytaliśmy się szefowej dzień wcześniej, jednak nie myśleliśmy, że ekipa Zajca zjawi się w Chrewcie. Jest między 22:00 a 23:00 albo 24:00.

Przyjeżdżają: Zajcu, Krajan, Kokos, Oleńka i Kasia. 5 ludzi, 3 wspaniałe maszyny. Okazało się, że też nie obyło się bez przygód. Kokos złapał kapcia i na resztkach powietrza które dopompowywał co chwilę dotarł do celu. Podobno Zajcu chciał pieszo iść z Wetliny do Chrewtu, po podaniu i przeanalizowaniu jakże dokładnych koordynat geograficznych jakie otrzymał od nas telefonicznie. Drobny błąd odległościowy… Po krótkim przywitaniu zaczęła się prawdziwa jazda. Od razu odechciało nam się spać i odpoczywać przed jutrzejszym planowanym wyjazdem na Ukrainę. Tak wgłębiliśmy się we wspólne tematy które prawdopodobnie by się nie skończyły nigdy gdyby stan upojenia co niektórych nie wykroczył poza granice poważnie naruszonej dopuszczalności ( czyt. Helikopter w Ogniu), oraz zdolność liczenia po 5- tej flaszce została upośledzona.

Całą imprezę wspominamy tak, że aż się łezka w oku kręci. Po paru chwilach wszyscy tak się zintegrowaliśmy, jakbyśmy od zawsze jeździli razem na wspólne wypady. Poznaliśmy naprawdę świetnych ludzi i to jest właśnie najpiękniejsze w takich wyjazdach. Krótkie spotkanie na stacji benzynowej w Lesku, od tego się zaczęło. Przecież mogliśmy tam być 15 minut później, nigdy Zajca nie spotkać i nigdy nie poznać zajebistej ekipy z Tarnobrzega.

Trzeba wspomnieć także o pewnym incydencie, który wydarzył się podczas naszej wspólnej pogawędki. Otóż jeden „kolega”, który siedział na zewnątrz knajpy wspólnie ze swoją ekipą, zaczął wyrażać swoje opinie na temat tatuażu Loli. Tej się to jednak zbytnio nie spodobało więc zbyła go jakimś tekstem którego do dzisiaj nie chciała zdradzić. Kolega zagotował się w sobie i zaczął knuć misterny plan jak to nam nie „napierdolić”. Wreszczcie nie wiedząc czemu wypatrzył sobie Czubakę na horyzoncie i zaczął pospolicie „skakać” wykrzykując przy tym głośno i namawiając swoich kompanów do spuszczenia nam (konkretnie biednemu Czubace) potężnego łomotu. Nie zważaliśmy zbytnio na groźby niezadowolonego „kolegi”. W końcu jednak ów typ zaczął poważnie Czubakę irytować, więc ten wstał i po kilku tekstach których lepiej tu nie cytować, wyszedł z nim na zewnątrz. Ów kolega prawie się zagotował, a piana leciała mu z pyska jak owczarkowi niemieckiemu na widok surowego mięsa. Już szykował się do bicia, jednak po krótkiej przepychance z Czubaką, zapał jego ostudził brat który wraz z nim przyszedł, kumpel oraz płacząca dziewczyna, którzy to wspólnie zapobiegli masakrze jaka miała się odbyć w tym miejscu. Czubaka, uśmiechając się wszedł z powrotem do knajpy, gdzie wspólnie z kompanami agresywnego osobnika wypił przysłowiowego bruderszafta na zgodę. Oczywiście zgody nie było, bo „kolega” dalej wyrażał chęć zrobienia z 9 osobowej ekipy miazgi, oraz nazwał zdrajcą kolegę który, podał nam klucze do toalety (pozdrawiamy), heheh. Jednak nikt już na niego nie zwracał uwagi, więc spokorniał i zajął się rozmową z dziewczyną. Jego przedstawienie straciło oglądalność.

I tak wieczór dobiegał końca, nikt z nas prócz Karoliny, która poszła wcześniej spać, nie pamięta zakończenia imprezy, nie pamięta też jak wróciliśmy i czy na 2 czy na 4 nogach.

Film został urwany… Taki był cel…

Kolejny dzień – planowany wyjazd na Ukrainę oraz zwiedzanie Lwowa. Taki mamy plan a… rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Budzimy się gdzieś około godziny 11:00. Potężny ból głowy, krew pulsuje nam tak, że nie potrafimy zebrać myśli do kupy. Jeszcze ten pokój, lepiej nie wspominać w jakim jest stanie….. Gdzieś około godziny zajmuje nam przywrócenie porządku w naszym pokoju, jednak przywrócenie nas samych do stanu używalności to niestety trudniejsze zadanie. Kilka tabletek na ból głowy podarowanych od Oleńki lub Kasi, nie pamiętamy już od kogo. Przelatujący nam przed oczami Zajcu, krótki tekst: „Wy mieliście na Ukrainę jechać!”. No więc kolejny znak zapytania. Jednak Ukraina kusi… kusi nas coraz bardziej, cos nieznanego, adrenalina, coś niebezpiecznego, coś nowego.

„Dobra! Przekonałeś mnie!” – rzekł Czubaka do Szwagra. Ruszamy!

Zatrzymujemy się na granicy w Krościenku. Pani w kantorze tłumaczy nam, że potrzebujemy zieloną kartę, którą od razu nabywamy oraz trochę Hrywien (waluta Ukraińska). Zasłuchani w historię opowiedzianą przez Szefa, o przekraczaniu Ukraińskiej granicy, oraz o pewnych „fantach”, które należy zostawić w pewnych miejscach, postępując wedle tych zasad, udajemy się na odprawę paszportową. Oczywiście Czubaka pomylił celników i „fanty” trafiły w ręce polskiego celnika, który oddał z powrotem Czubace paszport i wygłosił krótką reprymendę oraz wyraził swoje oburzenie. Więc poprawka, ponowne podanie paszportów tym razem wszystko zgodnie z prawem i przechodzimy dalej. Teraz będzie nas kontrolowała strona Ukraińska. Wbrew wcześniejszym usłyszanym historiom, celnicy Ukraińscy okazali się bardzo sympatyczni (nie wiadomo czemu :), oraz wyrazili ogromne zainteresowanie naszymi „rumakami”. Zdziwiło ich trochę to, że wybieramy się na Ukraińskie drogi, które podobno całe usłane są dziurami (a przynajmniej odcinek do Lwowa) – o czym mieliśmy się przekonać już za chwilę. Szybkie wypisanie karty pobytu, informacja od celnika, że jedziemy do Lwowa na Ulicę Stryjską. Oczywiście dokładnie tak wpisaliśmy, żeby nie było żadnych nieporozumień oraz żeby Pan celnik był zadowolony i poczuł się lepiej. I tak po krótkiej rozmowie Czubaka odwrócił się w kierunku naszych motocykli, a tam nie wiedzieć czemu na „rumaku” Szwagra siedzi drugi celnik i wypytuje go o wszystko. Oczywiście pytań ile kosztują takie motory było chyba z miliard, więc musieliśmy po kolei celnikom tłumaczyć, że ten motor to taki rocznik, taka pojemność, tamten to taka, że tym można jechać 200km/h a tamtym też można jechać tyle itd. W pewnym momencie nastała chwila grozy, celnik rzekł do Bartka: „Daj kluczyki”. Byliśmy trochę zdezorientowani i zaskoczeni ale co tam przecież chyba nie pojedzie, pewnie będzie chciał tylko odpalić. No i odpalił, wrzucił bieg i pojechał. No i pięknie myślimy, po motorze. Od razu wyszedł następny celnik i zapytał czy Szwagier pokazał mu gdzie jest hamulec ale kolejny z celników uspokoił (albo i nie) że to jest maniak motocyklowy. Po chwili „bestia” Szwagra wyłoniła się znad horyzontu. Wszystko ok. Ukrainiec zszedł, podziękował i tak oto droga na Ukrainę stała dla nas otworem. Celnicy stojąc w rzędzie żegnali odjeżdżające motocykle.

Po chwili zrozumieliśmy o czym mówili celnicy.

Dalsza droga była usłana dziurami w ogromnym zagęszczeniu. W niektórych miejscach nie dało się jechać szybciej niż 10-20km/h. Szwagier rzekł: „Kurwa! To są drogi??? Tu nie ma dróg!!”. Rzeczywiście w niektórych miejscach, szczególnie przy przejazdach kolejowych sam piasek i żwir, dróg rzeczywiście prawie nie było.

Stwierdziliśmy, że od dzisiaj nie narzekamy na nasze polskie drogi gdyż są piękne w porównaniu z tymi jakie zastaliśmy na Ukrainie. Mijamy wiejskie zabudowania, rozpadające się domy, dzieci bawiące się, wylatujące na drogę i machające nam gdy przejeżdzamy, ludzi pasących krowy.

Wszystko dziwnie przytłacza, jakby czas zatrzymał się tu dawno temu. Jednak jest w tym coś pięknego, prostota życia z dala od wielkiej cywilizacji, coś, czego nie można przeżyć i dostrzec gdzieś indziej. Samochody, które dosyć rzadko mijamy to przede wszystkim stare Lady, Wołgi, bądź jakieś wielkie ciągniki i pojazdy ciężarowe. Co jakiś czas napotykamy jakieś wypasione BMW bądź Mercedesa. Niektóre domy nie sprawiają wrażenia ubóstwa.

Dojeżdżamy do pierwszej stacji benzynowej i z zaciekawieniem oglądamy dystrybutor, na którym widnieje napis A-92. Okazuje się, że tutaj leją 95-tkę oraz paliwo 92-oktanowe. Nie wiemy i nie chcemy wiedzieć jak się na tym jeździ gdyż na stacji w Samborze (jednym z większych miast ok. 60km od granicy) tankujemy 95-tkę (ok., 1,80zł / litr), która odbiera znaczną część pary naszym bestiom.

A mówili, że chrzczone paliwo – mit podtrzymany ! Jak już wcześniej wspominaliśmy jedziemy w kierunku Sambora – jednego z większych miast, jednak nie zatrzymujemy się tam na długo gdyż już pora wracać.


Nasz zapał dotarcia do Lwowa ostudził stan dróg, oraz czas jaki musielibyśmy poświęcić na dotarcie, ale postanowiliśmy tu wrócić jeszcze w te wakacje. Na krótko przed granicą zatrzymujemy się na pobliskim bazarze, gdzie u miłej Pani kupujemy buty (Nike, Puma) które na pierwszy rzut oka wydają się oryginalne (i mamy nadzieję, że są), chociaż wszyscy wiemy, że teraz wszystko klepią w Chinach..


Za 2 pary butów za które u nas musielibyśmy zapłacić w granicach 400zł płacimy 110zł i dostajemy jeszcze od Pani skarpetki gratis!! „Wracomy tu po Szczewiki!!!!”. „Jaaaa!!!” – odparł Szwagier.


Krótka odprawa, jeden z celników oczywiście wypytuje Czubakę, ile się tym da jechać i ile już jechał i czy czasem to nie odlatuje przy takiej prędkości. Żegna nas rzucając krótko: „Pilnujcie Wasze dziewczyny!!!” I tak oto po trwającej może z 25 minut (mała kolejka aut) odprawie witamy wspaniałe polskie drogi !!!

Szybkie 2 piwa, których już nie dopijamy, krótka rozmowa z szefem oraz relacja z naszego wypadu i udajemy się spać. Dowiadujemy się, że Zajca, Krajana, Kokosa, Oleńki oraz Kasi już nie ma w ośrodku, szkoda. Mamy nadzieję, że już wkrótce zobaczymy się ponownie i dowiadujemy się że wpadną do Stalowej Woli na koncert. Podróż powrotna, pogoda piękna, wszystko zakorkowane jeszcze bardziej niż podczas wyjazdu. Po drodze obowiązkowy obiad w Solinie, zwiedzanie zapory i dalsza jazda.


Ale nie może być tak pięknie już po kilkudziesięciu kilometrach, Lola daje Czubace do zrozumienia, że coś jest nie tak, więc szukamy miejsca do zjazdu. Okazuje się, że szybka w kasku prawie odpadła. Urwał się zaczep i trzeba coś zaradzić. Stacja benzynowa, taśma izolacyjna i kask naprawiony. Znów doceniamy jednoślady. I tak oto podróż przebiega spokojnie, najpierw do Krakowa gdzie żegnamy Karolinę a później do Katowic, gdzie odstawiamy „bestie”, które nie licząc drobnych wpadek – spisały się na medal…

RAPORT:

Trasa: Katowice (Śląsk) – Chrewt (Bieszczady) – Sambor (Ukraina)

Stan licznika: 1020 km

Członkowie:

Maciek „Czubaka” Szmatloch

Sprzęt: HONDA CBR 600 F1

Bartek „Szwagier” Szmatloch

Sprzęt: HONDA CBR 600 F2

Agnieszka „Lola” Straszny

Karolina „Miami” Soból

STRATY:

– zerwany łańcuch

– obrysowany i przetarty bok

– urwany kierunkowskaz

– uszkodzony prędkościomierz

– uszkodzona szybka kasku

– siniak na nodze Loli

– zlasowany mózg

– zepsute wątroby

Tekst: Czubaka

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Yamaha YZF-R6 2003 Wheele

Get the Flash Player to see the wordTube Media Player.
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Podsumowanie sezonu

Get the Flash Player to see the wordTube Media Player.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)